Router Sport 50S – kupa na dwóch kółkach, cz. 1

Czy zdarzyło Wam się kiedyś wdepnąć w psią kupę? Taką wiecie, pozostawioną przez roztargnionego czworonoga na trawniku, albo chodniku? Nic wielkiego, prawda – pod warunkiem, że jedynym problemem jest wówczas fakt, iż macie na nogach nowe buty. Co jednak, gdy ta „kupa” kosztuje Was kilka tysięcy złotych i nijak nie można się jej pozbyć?

Zacznijmy jednak od samego początku. Pewnego roku zapragnąłem odwiedzić Włochy. Wiecie, to taki kraj w kształcie buta, gdzie niemal zawsze świeci słońce, urokliwe miasta są pełne pięknych kobiet, kameralnych knajp z dobrym winem i makaronami.

 

Włochy to także kraj, gdzie na każdym kroku można spotkać piękne auta:


a dla Smartów buduje się specjalne garaże 😉

Ponieważ uliczki włoskich miast są zazwyczaj tak wąskie, że auta w stylu Toyoty Aygo i Fiata Panda to największe, czym można się bez trudu poruszać, Włosi korzystają ze skuterów i wszelkiej maści jednośladów. Typowy obrazek z Florencji, w której mieszkaliśmy przez kilka dni, to mężczyźni w dobrze skrojonych garniturach i skórzanych butach, mknący na jednośladzie do biura lub domu. Miłości do jednośladów sprzyja również pogoda – kiedy u nas, na początku października wieje chłodem, we Florencji temperatura spada do około 18 stopni, Włosi zakładają długie płaszcze, a rudy steward żegnając na płycie lotniska pasażerów lotu do Wrocławia mówi z szelmowskim uśmieszkiem: „Enjoy the weather!” No więc kiedy wypakowujesz walizki i podkręcasz w domu ogrzewanie, jedyna myśl, która nie daje ci spokoju, to wraz z nadejściem wiosny sprawić sobie skuter. I garnitur. I skórzane buty. No dobrze, na początek wystarczy skuter. Kiedy jesienią 2011 roku mocowałem się z termostatem w salonie, myślałem tak naprawdę tylko o jednym – jeszcze parę miesięcy i będę w końcu pół-Włochem! Przynajmniej z wyglądu i stanu posiadania…

Kilka zimowych i wiosennych miesięcy poświęciłem na solidny research. Do dzisiaj przeklinam moment, w którym uznałem, że idealnym skuterem na pierwszy raz będzie najmłodsze wówczas dziecko rodzimego Rometa – Router Sport 50S. Nie wiem co mnie wtedy zaćmiło – nijak miał się do królowej włoskich miast, Vespy. Był stosunkowo tani, ale z drugiej strony niemal 3 500 PLN pozwalało sądzić, że znacznie lepszy niż najtańsze maszkarony z marketów spożywczych, na których zmieści się bez trudu jedynie gremlin.  Tym sposobem, w czerwcu 2012 pojechałem do poznańskiego dilera Rometa i kupiłem! Wściekle bordowego Routera Sport 50S. 

Aby pozbyć się irytacji, która na wspomnienie tamtej wizyty telepie mnie jeszcze dzisiaj, pozwolicie, że wstawię tu jeszcze raz zdjęcie ślicznej Alfy Romeo 😉

Czas pokazał, że to była najgorsza decyzja w moich życiu – zarówno jeśli chodzi o wybór marki (Romet, którego doskonale pamiętałem z dzieciństwa), salonu – Motoclub Poznań, a siłą rzeczy także serwisu.

Pierwsze zaskoczenie nadeszło w dniu dostawy skutera – przyjechał z wąsatym kierowcą, busem, owinięty kocami jak garnek z ryżem, który gotowała mi babcia, w czasach, gdy w sklepach nie było go piętnastominutowych woreczkach. Po rozpakowaniu i zjeździe z rampy okazało się, że dostałem wersję z rozdartą kanapą. Trudno, zdarza się najlepszym – być może pierwszy przegląd wykonywał serwisant, który po zjedzeniu zupy z gwoździ miał problem ze stolcem. Szybki telefon do salonu:

„Oczywiście, przepraszamy, zamawiamy nową, lada chwila będzie”.

W tym momencie pierwszy raz zrozumiałem, jak pojemnym dla pracowników salonu pojęciem jest „lada chwila”. Nie mam pojęcia, czy oni telepatycznie pragnęli kontaktu ze mną, ale już na drugi dzień, po kilometrowej przejażdżce zatelefonowałem znowu – tym razem z powodu gaśnięcia silnika. Skuter jedzie, ja łapię łapczywie zza podniesionej przyłbicy kasku pierwsze promienie czerwcowego słońca, aż tu nagle klops. Mój Router dławi się jak zaszyty pijaczyna po wychyleniu setki. Dławi się i umiera…

– Aaaa, wie pan, ci montażyści (tutaj jeszcze nie pada narodowość) czasami tak montują, że podczas zakładania kufra na kask, plastikami przygniatają węże od baku. Pan porusza, będzie ok!”

Nie myśląc długo nad tym, dlaczego akurat ja mam gmerać w wężykach mojego jednodniowego skutera, wkładam swoją smukłą dłoń pomiędzy ostre plastiki, chwilę manipuluję i bogatszy o skilla pod tytułem „udrażnianie układu paliwowego” odpalam. Skuter niechętnie, ale zaskakuje. Zmęczony moją włosko-chińską przygodą wracam do domu. 

Nazajutrz za oknem piękna pogoda – dopijam kawę, dosiadam mojego kilkukonnego rumaka i nie myśląc o niczym, jadę! Podjechałem sobie, owszem, do pierwszych świateł – kiedy wcisnąłem hamulec, skuter zaczął się dławić, więc żeby nie dopuścić do drugiego zgonu, dodaję gazu. Odbicie we wstecznym lusterku kierowcy auta przede mną, jasno wskazuje, że to dobra rozrywka wyłącznie dla mnie. Ściągam zatem chińczyka na pobocze, ronię łezkę i dzwonię pod znany już na pamięć numer serwisu.
– Aaaaa, wie Pan, zbyt uboga mieszkanka! Pan podjedzie do serwisu, to wyregulujemy. 
Jadę uskrzydlony dobrą informacją – mieszanka, jakie szczęście! Na miejscu pan serwisant gniecie pospiesznie niedopałek papierosa, wyciera zmordowane dłonie w spodnie, zabiera skuter i znika w warsztacie. Ja tymczasem mam chwilę na krótką odpoczynek na miękkiej kanapie w salonie obok. Pani współwłaścicielka, bądź małżonka właściciela zagaduje, pociesza.

– No coś podobnego, nigdy wcześniej nie było takich problemów!

Wierzę, bo jak nie wierzyć niewieście…

Lakier w Routerze jest wytwarzany najwyraźniej na bazie naparu z chińskiej herbaty. Tak wyglądają plastiki po dwóch latach od zakupu, podczas których około 10 miesięcy skuter zimował w garażu – po sezonie.
Wężyki gaźnika to w tym modelu arcyciekawostka (nie jedyna zresztą). Utleniają się pod wpływem powietrza, co powoduje problemy z uruchomieniem silnika. Wiek skutera – niecałe 2 lata, przebieg – około 3000 km.

Większość elementów gumowych to kpina – są wrażliwe na powietrze i pękają. Być może powinny być montowane w atmosferze Marsa.

Znowu węże – większość z nich sparciała i nienadająca się do użytku…
Aby nie zanudzać Was historią z gaźnikiem (bo mam jeszcze więcej historii), krótkie podsumowanie pierwszego roku z Routerem: 
Awarie: 
  • niedrożne i przycięte wężyki doprowadzające paliwo (zgłaszane w ramach gwarancji),
  • niesprawny gaźnik, który udało się wymienić przy okazji trzeciej wizyty w serwisie (problem: gaśnie przy hamowaniu),
  • skrzywiona felga przednia (historia będzie miała swój dalszy ciąg, bo jest naprawdę ciekawa), objaw – bicie przedniego koła uniemożliwiające jazdę, 
  • niedokręcone śruby akumulatora, pomimo pierwszego przeglądu, 
  • pęknięta kanapa, pomimo, że skuter był fabrycznie nowy został w takim stanie wydany kurierowi. 
W 2012 roku sezon był stosunkowo krótki, bo pogoda w Poznaniu nie rozpieszczała. Po zakupie w czerwcu skuter spędził w serwisie około pięciu tygodni, co jest wynikiem dość dobrym, zważywszy, że sezon zakończył się w połowie września. Wówczas, nie wiedziałem jeszcze o tym, że za sprawą mojego zakupu, odwiedzę serwis na Krauthoffera jeszcze kilka bądź kilkanaście razy z następnych sezonie, skuter zacznie dosłownie się rozpadać, producent mnie zignoruje, a wady jednośladu doprowadzą ostatecznie do dość przykrego wypadku na drodze. Ale o tym w kolejnej części. 
Gdybyście odczuwali współczucie na widok wiosek podtopionych przez wiosenne deszcze, zawsze wtedy pomyślcie sobie, że ja i światła mojego skutera woda atakuje w każdej sekundzie. No ale skoro można żyć z wodą w kolanach, to w czym problem?